Szkoła Podstawowa nr 7
im. Leona Kruczkowskiego w Olsztynie

Zamówienia

Dzwonki

  1. 7:30 – 8:15
  2. 8:20 – 9:05
  3. 9:15 – 10:00
  4. 10:10 – 10:55
  5. 11:05 – 11:50
  6. 12:05 – 12:50
  7. 13:05 – 13:50
  8. 14:00 – 14:45
  9. 14:50 – 15:35
  10. 15:40 – 16:25
SZKOŁA PRZYJAZNA OSOBOM NIEWIDOMYM
stat4u

Historia z koroną

Dodano 2 kwietnia 2020r. przez Anna Grzemska
Liczba wyświetleń: 362

Podstawa programowa podstawą programową, ale jest taki czas, gdy układ pokarmowy, liczba Pi, czy inne zwyczajnie bardzo ważne zagadnienia nagle stają się jakby mniej ważne. Teraz ważny jest czas podarowany nam przez kwarantannę.

Czas nieśpiesznego bycia, trochę leniuchowania, trochę wyhamowania, mniej pilnych, ważnych spotkań, zajęć, spraw do załatwienie na już. Ocen do poprawienia, klasówek do nauczenia…. Ten czas może i owocuje wartościami, na które na co dzień nie zawsze mamy czas. Zatrzymanie przy kimś bliskim, telefon do dawno nieodwiedzonej babci, zaangażowanie w pomoc innym. Tyle dobra z nas wydobywa solidarnie przeżywana sytuacja zagrożenia. I to są takie chwile, kiedy my nauczyciele wiemy, że warto uczyć nie tylko rozbioru logicznego zdania, czy zachowywania się na przerwach …a właśnie tych ponadczasowych wartości. Współpracy, empatii, służby, poświęcenia czasu innym. Oto przykłady jak wiele, i to już od dawna dzieje się w głowach i sercach naszych uczniów. Obecnego nauczania nie widać, nie słychać dzwonka, nie wybiegają gromadki roześmianych uczniów ze szkoły. Ale jest, jest. Duch w narodzie nie zanika.

 

 

I

Wczoraj przeprowadziłam wywiad z moją babcią. Zadałam jej pytania o jej dzieci, o jej rodzinę, o jej historię z dzieciństwa i wiele innych. Zawsze sądziłam, że prawie wszyscy z moich bliskich nie mieli ciekawego życia za młodu, to pewnie było spowodowane moim usiłowaniem ujarzmienia ciekawości. Jednak bardzo się myliłam odnośnie życia moich krewniaków.

Na początku konwersacji z rodzicielką mojej matuli, wypytałam ją ile miała rodzeństwa, gdzie mieszkała, czym zajmowali się jej rodzice oraz o pierwszą pracę, którą podjęła. Chciałam poznać jakąś interesującą historię z jej młodości

Odpowiedziała mi, że miała trzy siostry i jednego brata, natomiast mieszkała w małej wsi, a jej dawcy życia mieli zupełnie różnie prace. Ojciec był przewodniczącym, czyli wójtem gminy, zaś matka zajmowała się sprzedażą w wiejskim sklepiku.

Opowieść z dzieciństwa nie okazała się być aż tak radosna, bo ojciec mojej babci pracował w innym mieście i zapomniał śniadania, więc kochająca żona postanowiła mu je przywieść do pracy, za to dzieci musiały zostać w domu, lecz stęskniwszy za tatą maluchy wyszły na chodnik i zaczęły iść do innej wsi, która była aż dziesięć kilometrów od ich miejsca zamieszkania, tylko po to, by zobaczyć tatusia i mamusie.  Podczas ich wędrówki zaczęło podać i ludzie zaczęli zerkać na grupę rodzeństwa, które szło mimo niesprzyjającej pogody. Gdy już zaczęło się robić ciemno, małolaty skorzystały z kogoś gościnności, co znaczyło, że zostali na jedną noc w jakimś domku, ale gdy rodzice zauważyli, że ich pociechy nie znajdują się w mieszkaniu, zadzwonili po policje i zaczęli ich szukać w nadziei, że ich odnajdą. Na szczęście tak się stało. Oczywiście, nie obyło się bez pouczającej przemowy, by już tak więcej nie postępowali.

Wracając do ostatniego pytania, mojej babulinki pierwsza praca, odbywała się w mleczarni. Tam suszyła kazeinę i również tam poznała swojego męża, czyli mojego dziadka. Po tym jak opowiedziała mi część swojego życia, ja zadałam jej ostatnie pytanie. Czy kiedyś moja mama albo wujkowie zrobili coś przez co ona się martwiła, ale potem się z tego śmiali? Odpowiedziała, że tak i to nie raz. Na przykład raz mój wujaszek został pod opieką mojej matki i bawił się w wysokiej trawie, natomiast moja mamusia uznała, że lepiej jest porozmawiać z koleżanką niż zajmować się bratem. W między czasie stryjek się zmęczył oraz zasnął w otaczającej go zieleni, a jego rodziciele zaczęli go szukać wszędzie, gdy nagle po półtorej godziny wujaszek wstał wyspany i poszedł do domu, gdzie czekała na niego zmartwiona rodzina.

Dzięki temu wywiadowi, zrozumiałam, że powinniśmy spędzać więcej czasu z osobami starszymi, bo to oni najczęściej za nami tęsknią i  ile razy tak bywa, że to my o nich zapominamy. Przyznaje się, że nie spędzam aż tyle czasu z moją babcią twarzą w twarz, ale codziennie do siebie dzwonimy mimo, że większość naszych telefonicznych konwersacji ogranicza się do czterech minut, lecz wiem, że ona będzie mi wdzięczna  za to, że chociaż odebrałam telefon. Na koniec chcę podziękować za to, że mogłam napisać tą pracę, która uświadomiła mi, że powinnam postarać się spędzać więcej czasu z bliższym.

( autor chce pozostać anonimowy)

 

II

W weekend zadzwoniłam do dziadków. Podczas tej rozmowy dziadek opowiedział mi historię z czasu, kiedy miał około jedenaście, dwanaście lat.

Mój dziadek mieszkał w Barczewie na ulicy Traugutta, przy rzece Pisa.
W okresie przesilenia letniego rzeka wylewała na położoną obok łąkę, która zamieniała się w rozlewisko. Wtedy mój dziadek ze swoimi kolegami szukali domu podczas rozbiórki lub remontu, skąd zabierali dużą belkę. Zabierali ją nad rozlewisko
i używali jako tratwy dla jednej lub dwóch osób.

Pewnego dnia przy jednym z domów dziadek z dwójką przyjaciół zobaczyli meble. Wśród nich stała duża, drewniana szafa. Chłopcy uznali, że skoro ktoś je zostawił na zewnątrz to znaczy, że ich nie potrzebuje i zabrali szafę nad rozlewisko. Ponieważ przeciekała postanowili ją uszczelnić lepikiem. Później wepchnęli szafę na wodę. Przez jakiś czas pływali w niej, aż nagle przyszedł zdenerwowany właściciel szafy i zaczął na nich krzyczeć. Wtedy dziadek z przyjaciółmi wyskoczyli z szafy i brnąc w wodzie do pasa uciekli prawie do samej rzeki. Liczyli, że mężczyzna weźmie swoją własność i zostawi ich w spokoju, co się udało, bo nie uszkodzili szafy.

Ta historia bardzo mnie rozbawiła. Żałuję, że teraz ze względu na ocieplenie oraz zniszczenie oraz zajęcie środowisk naturalnych przez człowieka (na przykład nieodpowiednie melioracje), nie mamy szans na przeżycie podobnej historii, przynajmniej w mieście.

Kasia Krupa

 

III Wywiad z Dziadkiem Zdzisławem.

 

Wywiad przeprowadziłem telefonicznie 20 marca 2020 roku z moim Dziadkiem Zdzisławem – Tatą mojej Mamy. Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z Dziadkiem na temat, który będzie przedmiotem dzisiejszego wywiadu. Okoliczności znałem jedynie ogólnie
z rozmów z Mamą.

Zatem, nie zwlekając dłużej wybrałem numer telefonu do Dziadka, który mieszka na drugim końcu Polski tj. w Kotlinie Kłodzkiej:

– Dzień dobry Dziadku!

– Witaj drogi wnuczku, co u Ciebie słychać?

– Mam się dobrze, szkoda tylko, że nie możemy chodzić do szkoły i musimy siedzieć
w domu, ale mam nadzieję, że epidemia szybko minie i wszystko wróci do normy.
A Ty Dziadku jak sobie radzisz w tych trudnych chwilach?

– Uważam na siebie, nie martw się o mnie. Chodzimy z Babcią na spacery do lasu, unikamy spotkań z ludźmi i wspominamy Ciebie.

– Cieszę się, że dbacie o siebie. Dziadku, dzwonię do Ciebie, ponieważ chciałbym z Tobą przeprowadzić wywiad na temat twoich lęków. Czy mógłbyś mi opowiedzieć co budziło w tobie największy lęk?

– Oj wnuczku, dużo jest takich sytuacji, ale opowiem Tobie o takim lęku, który zawsze
u mnie wywołuje smutne emocje.

– Bardzo chętnie wysłucham – zamieniam się w słuch.

– Otóż w dzieciństwie często słuchałem opowiadań mojego Taty a Twojego Pradziadka, który w trakcie II wojny światowej przeżył straszną traumę.

– Co to za trauma dziadku?

– Twój Pradziadek Konstanty mając 23 lata został wzięty do niewoli (działo się to 1941 roku) i trafił do łagrów na Syberię w Rosji.

– To smutne. Jak długo tam był?

– Był w niewoli ponad dwa lata i cudem przeżył.

– Na czym polegała niewola?

– Twój Pradziadek musiał pracować za darmo przy wyrębie lasu w bardzo trudnych warunkach, bo przy wielkich mrozach. Często musiał pracować będąc głodnym, bo nie otrzymywał  jedzenia i często był ciężko karany – za nic

– Kto był sprawcą takiej krzywdy?

– Kubusiu, będziesz się tego uczył na lekcji historii, ale wiedz, że to Stalin, który rządził
w Rosji i wydawał takie okrutne rozkazy.

– To straszne Dziadku, ale na szczęście udało się Pradziadkowi przeżyć!

– Tak to prawda, ale można powiedzieć, że to cud, że przeżył. Dużo ludzi umierało z głodu, wycieńczenia, przepracowania i z zimna. Twojemu Pradziadkowi udało się uciec i dzięki wielkiemu szczęściu, pomocy dobrych ludzi i przetrwał. Współczuję jemu… Co On musiał tam przeżyć…?

– To przykre Dziadku… Na szczęście wszystko dobrze się skończyło!

– To prawda. Dzięki temu, że udało mu się uciec jestem ja i Ty drogi wnuczku, ale ta historia zawsze wzbudzała we mnie uczucie lęku i strachu.

– Dziadku, mam do Ciebie wielką prośbę.

– Słucham Kubusiu.

– Czy jak przyjadę do Ciebie w wakacje poświęcisz mi trochę czasu, żeby to wszystko dokładnie spisać?

– Oczywiście! Bardzo się cieszę, że interesuje Cię historia naszej rodziny. Mam nadzieję, że potem Ty przekażesz ją swoim dzieciom.

– No jasne, że przekażę! Dziękuję Dziadku. Żegnam cię cieplutko i życzę miłych snów.

– Dobranoc wnusiu.

Cieszę się, że przeprowadziłem z moim Dziadkiem ten wywiad. Na pewno go kiedyś rozszerzę. Próbuję zrozumieć Dziadka, co czuł jak słuchał tej historii od swojego Taty i bardzo mu współczuję.

Dobrze znać korzenie swoich przodków.

Jakub Podsiad

 

 

IV

BABCIA- Cześć wnusiu

JA-Hej

-Jak tam u Ciebie?

-Wszystko dobrze

-Jak tam oceny?

-Na razie są czasami dobre, a czasami troszkę gorsze.

-Babcia?

-Tak?

-Muszę zrobić pracę i chciałabym dostać szóstkę.

-Jasne, tylko wytłumacz mi zadanie?

-Musimy napisać dialog o twojej przygodzie z dzieciństwa?

-Dobrze, więc tak…Około 60 lat temu uczyłam się w Szkole Podstawowej w województwie Lubelskim. W mojej klasie było ponad 35 osób. Uczyliśmy się w miarę dobrze. Chodziłam na dodatkowe zajęcia muzyczne . Uczyłam się gry na skrzypcach.

Po jakimś roku występowałam przed publicznością z okazji Świąt Bożego Narodzenia.

Przed wyjściem na scenę miałam straszną tremę. Gdy wyszłam przed publiczność zaczęłam grać,  źle zaczepiając smyczkiem o dwie struny. Strasznie się stresowałam, ale po chwili usłyszałam ,że źle gram i poprawiłam się. Po skończeniu utworu dostałam gromkie brawa. Przez tę moją początkową wpadkę  pamiętam ten wytęp do dziś.

Ja- dziękuje babciu  !!!

BABCIA-niema za co !

-Mam nadzieje, że dostane szóstkę, bo opowiedziałaś mi bardzo fajną historię!

-Życzę powodzenia.

-Dzięki.

Daria Pedowska

 

 

V Wywiad z babcią o historii z jej dzieciństwa: „Wśród dzieci granice nie istnieją”

Panuje na świecie pandemia i atakuje głównie osoby starsze dlatego postanowiłem zadzwonić do mojej babci, z którą dawno się nie widziałem. Chciałbym dodać, że bardzo się starałem tworząc ten wywiad.

Babciu jaka jest twoja najzabawniejsza historia z dzieciństwa?

Mój tata był dziennikarzem i pracował w radiu w Olsztynie. Na owe czasy jego zawód był bardzo  prestiżowy, byłam dumna kiedy mogłam pomagać mu w pracy. Często spędzałam czas w rozgłośni lub jeździłam z nim na nagrania w teren. Jednym z najciekawszych, a zarazem zabawnych  był wyjazd w celu przeprowadzenia wywiadu na granicy polsko-rosyjskiej. Było śmiesznie i ciekawie, gdy w trakcie zabawy z innymi dziećmi pojawił się zupełnie obcy język. Pomimo tego potrafiliśmy się porozumieć i wspólnie spędzać czas, oglądając ciekawe występy i odwiedzając stoiska z różnymi towarami.

Ile miałaś lat jak to się wydarzyło?

Byłam dzieckiem w wieku ośmiu lat.

Czy to zdarzenie utkwiło ci w pamięci ?

Jak na tamte lata było to dla mnie duże wydarzenie, które wspominam z uśmiechem . :- )

Masz jakieś głębsze przemyślenia dotyczące tej historii?

Po tym zdarzeniu wiem, że niezależnie skąd ludzie pochodzą i jakim językiem się posługują, jeżeli tylko chcą mogą ze sobą się przyjaźnić.

Dzięki  temu wywiadowi otworzyły mi się oczy na świat: nieważne skąd pochodzimy i jakim językiem się posługujemy, zawsze możemy się z każdym porozumieć i nie ma ludzi gorszych i lepszych, gdyż wszyscy jesteśmy sobie równi.

Rozmówczyni: Jolanta Malinowska

Wywiad przeprowadził: Marcel Masiewicz

 

 

 

VI      KONIEC

 

Aby umilić czas podczas kwarantanny postanowiłam przeprowadzić wywiad z moją babcią. Opowiadając mi przygodę z jej dzieciństwa, sama przypomniała sobie dawne czasy
i miło je powspominała. Historię, którą zaraz opowiem, zarówno ja, jak i moja babcia zatytułowałyśmy ,,Nauka jazdy na rowerze”. Jest ona bardzo zabawna, mimo niektórych mało śmiesznych momentów.

Zaczęła się ona od zakupu roweru. Mama mojej babci (moja prababcia) kupiła sobie rower bez wiedzy Jasi, swojej córki (mojej babci). Wróciła na nim do domu i poszła w pole. Babcia wróciwszy do domu oczywiście go zauważyła. Postanowiła, więc zjeść obiad, odrobić lekcje i nauczyć się na nim jeździć. Miała wtedy osiem lat i nigdy przedtem nie jeździła nawet na dobrym dla niej rowerze. Nie zwlekając więc ani chwili dłużej wsiadła na niego. Oczywiście był on za duży, ale dla babci to nie problem. W tym momencie zaczęła się nauka jazdy na rowerze. Pomysłowość mojej babci nie ma granic. Trzymała się kierownicy lewą ręką, a prawą pachą trzymała ramę. Nogi miała na pedałach, na których stała. Bardzo szybko nauczyła się jeździć w tej pozycji. Skoro już ,,umiała”, pojechała szosą. Spotkała tam swojego dwa lata starszego kolegę – Janka. Natomiast on – w porównaniu do babci, miał swój rower.

– Ej, Jaśka. Chcesz się ścigać z tej górki? – zaproponował Janek.

– Jasne! – odpowiedziała.

Muszę przyznać, że to było odważne. Jednak wiadomo było, że bez upadku to się nie skończy. Przypominam, że babcia miała wtedy osiem lat i tego nie przemyślała.

– Trzy, czte – ry! – krzyknęli razem.

Wyścig się rozpoczął. Pod koniec górki babcia spadła z roweru w krzaki. Kolana starła aż do krwi. Z łokciami było podobnie, lecz nie leciała z nich krew. Strasznie ją to piekło i bolało, ale nie płakała. Nie chciała przy chłopaku robić z siebie tzw. ,,beksy”. Po wyścigu wygranym oczywiście przez Janka, rozeszli się do swoich domów. Babcia, wróciwszy pierwsze co zrobiła to opatrzyła sobie rany. Nie było wtedy bandaży, więc przemyła je wodą utlenioną
i zawinęła w szmatę. Była, jest i mam nadzieję, że nadal będzie optymistką. Stwierdzam to po tym, że

opatrzywszy rany wsiadła znów na rower i pojechała trzy kilometry do swojej mamy na pole. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć jej zdziwienia.

– Od kiedy ty umiesz jeździć na rowerze?!

Ja również gdybym zobaczyła swoje dziecko, na moim rowerze, całe w szmatach, brudne,
a w dodatku nigdy przedtem nie jeżdżące na żadnym rowerze, moja reakcja byłaby taka sama. Babcia, szybko opowiedziawszy swoją historię, zademonstrowała swoim rodzicom jak jeździ. Pobyła z nimi tam chwilę i wróciła z powrotem do domu.

Zapytałam się babci jakie odczucia jej towarzyszyły, kiedy mi to opowiadała. Odpowiedziała tak:

– Jestem bardzo zadowolona, że podobała ci się ta historia. Opowiadając to przypomniałam sobie dawne czasy.

Nadia Zdunek

VI ,,Historia z koroną“

Moim rozmówcą była moja prababcia Henryka Kasper, zd. Ustaszewska . Prababcia urodziła się 23.02.1937r. we wsi Dzbenin, 3 km. od Ostrołęki. Miejsce, w którym się urodziła
i spędziła pierwsze lata życia, ze względu na znaczenie strategiczne w okresie II Wojny Światowej, miało wpływ na losy małej wówczas Henryki.

L:Babciu, jak zapamiętałaś pierwsze dni wojny?

B:Miałam wtedy 2 lata, więc nie mogłam jeszcze pamiętać początków wojny ale moi rodzice w późniejszym okresie opowiadali, jakie zmiany niósł wybuch II Wojny Światowej. Moje wspomnienia związane są z rokiem 1944.

L: Co wtedy widziałaś oczami dziecka?

B:Miałam już 7 lat i doskonale rozumiałam, że jesteśmy okupowani. Rodzice Julianna Ustaszewska zd. Budziłekur. 16.02.1908r., Stefan Ustaszewski 02.09.1904r, sąsiedzi i inni gospodarze musieli oddawać przydzielony podatek na rzecz Niemiec. Przyjeżdżali  żołnierze i odbierali wyznaczoną część płodów rolnych, mięsa, jajek i mleka. Nam zostawało niewiele. Niemcy wprowadzili kartki na żywność i przydzielali w wiaderkach marmoladę i musztardę (jadłam chleb z tą musztardą lub marmoladą). Mama starała się jak mogła np.; z resztek mąki  i plewów po gryce gotowała na mleku kluski ale pamiętam jak te kluski chrzęściły w zębach, bo tyle tam było zanieczyszczeń. Miałam siostrę Wandę (ur.10.07.1938r. ) i starszego brata Kazika (ur. 04.03.1933r.). Brat pomagał tacie w gospodarstwie i opowiadał nam, że nie raz widział jak przejeżdżając z tatą wozem jadący z naprzeciwka Niemcy potrafili zatrzymać się, zabrać tacie bat z ręki i chłostać dotkliwie naszego ojca.

L:Czyli pamiętasz, że brakowało Wam jedzenia?

B:Tak. Z siostrą Wandą chodziłyśmy pomagać mamie przy pracach polowych i wtedy udawało nam się zjeść wykopaną marchewkę czy buraka. Było mało jedzenia i skromnie ale nie to doskwierało najbardziej.

L:Czego się wtedy obawiałaś?

B:Najbardziej dokuczał strach, co z nami będzie. Czasem słyszałam jak rodzice po cichu, wieczorami rozmawiali i pewnego dnia zrozumiałam, że tata buduje dla nas w tajemnicy kryjówkę-schron. Tata wyplatał duże wiklinowe kosze i w nich, w wykopanych wielkich dołach gromadził zapasy zboża, ubrania, naczynia a mama suszyła chleb i składała
w workach.

L:Czy korzystaliście z tego schronienia?

B: Kilka razy zdarzyło się, że mama budziła nas w nocy i szybko musieliśmy biec do tego schronu, który tata wykopał w ziemi niedaleko domu. Zawsze wtedy z Wandzią płakałyśmy, bo było nam zimno i takie wybudzone ze snu strasznie się bałyśmy. Z tego powodu kładliśmy się spać ubrane i żeby szybko móc uciec, kiedy zaszła taka potrzeba . Słyszałam nadlatujące samoloty i odgłosy wybuchów, a rano można było zobaczyć tkwiące w drzewach lub zabudowaniach odłamki pocisków. Czasem byliśmy tam kilka dni i zdarzało się, że przy obfitym deszczu zalewało nas w tej ziemiance.

L:Mieszkaliście nad Narwią i to tam formował się front w 1944r. Co się wtedy działo
w Twojej wsi?

B:Niemcy fortyfikowali się, kopali okopy i zakładali miny przeciwko idącym wojskom rosyjskim. Moi rodzice zajmowali się obróbką lnu i wtedy nie mogli np. już chodzić i tego lnu moczyć w Narwi. Ja z siostrą chodziłyśmy wypasać krowy, ale można było tylko
w wyznaczonych miejscach, bo reszta terenu była zaminowana. Doskonale pamiętam drewniane tabliczki informujące o założonych minach. Wtedy o mały włos nie straciłam mojej siostry.

L: Co się wydarzyło babciu?

B:Wracając z wypasu krów, Wanda nagle zeszła z drogi i wbiegła na taką zaminowaną łąkę. Spojrzałam na tabliczkę i wiedziałam, że jest na zaminowanym terenie i zaczęłam krzyczeć. Siostra szczęśliwie dobiegła do drugiej drogi, a ja do dzisiaj widzę ją taką biegnącą…Kończyło się lato, na polach zboże było już zżęte, a dojrzałe owoce wisiały na drzewach w sadach, wtedy wszyscy mieszkańcy wsi usłyszeli, że w ciągu trzech dni mają opuścić swoje domostwa i o wyznaczonej porze stawić się na moście nad Narwią niedaleko Dzbenina.

L: Co wtedy się stało z Waszą rodziną?

B:Zabraliśmy najpotrzebniejsze sprzęty i pojechaliśmy wozem z koniem na miejsce zbiórki. Tam Niemcy nas segregowali: kobiety, dzieci i starcy po jednej stronie mostu, mężczyźni
i chłopcy od 15rż. po drugiej. Podniosły się płacz, lament i głośne zawodzenia.  Nam kazano natychmiast odjechać, a tata został. Mama podjęła decyzję, że pojedziemy do krewnych Orłowskich (2 km. od Dzbenina – Kolonia Dzbenin) i jakoś udało się mamie porozumieć
z tatą, więc wiedział gdzie jedziemy. To był smutny początek naszej wędrówki.

L: Jak radziliście sobie w nowym miejscu?

B:Zamieszkaliśmy w stodole. Jeszcze tej samej nocy mój tata uciekł Niemcom i do nas dołączył. Wiedział, że albo ich rozstrzelają albo pójdą do ciężkich robót i nie wrócą żywi. Zaryzykował. Opowiadał, że uciekając chciał zabrać ze sobą naszych sąsiadów, byli to
16-letni chłopcy bliźniacy, którymi tata się opiekował, bo ich mama była wdową. Chłopcy się bali i zostali. Potem dowiedzieliśmy się, że byli rozstrzelani.

L:Mijały dni była już jesień, a Wy mieszkaliście w stodole?

B:Żyliśmy dalej. Kolonia-Dzbenin położona była na wzgórzu z którego widzieliśmy jak Niemcy podpalają i wyburzają zabudowania w mojej wsi. Przewracali płoty i usuwali wszelkie przeszkody żeby zrobić otwartą przestrzeń do szykujących się starć. Ścinali drzewa, krzewy i owocowe drzewa pełne dojrzałych owoców, których nie zdążyliśmy zebrać. Tak mi było żal tych owoców, wyobrażałam sobie ich smak.

L:To nie był koniec Waszej poniewierki?

B: W trzecią noc pod stodołę podjechali na koniach trzej żołnierze. Tata podsłuchał rozmowę (doskonale rozumiał język rosyjski, bo przez 4lata, jako mały chłopiec mieszkał w Moskwie
i chodził tam do szkoły) i zrozumiał, że to jest rosyjski zwiad. Pamiętam jak mama mówiła: Stefan, nie wychodź, bo cię zabiją, to Ukraińcy!-(kilka dni wcześniej Ukraińscy żołnierze,  pod groźbą zabicia odebrali nam i sąsiadom krowy). Tata wyszedł do nich, a my przez otwory w deskach wystraszeni obserwowaliśmy co się wydarzy. Rosjanie nakazali nam uciekać. W pośpiechu zebraliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy w głąb lasu. Jadąc mijaliśmy kolumny wojsk rosyjskich, działa i czołgi. Wtedy też żołnierz rosyjski podjechał do naszego wozu i nakazał tacie wyprzęgać konia. Rodzice błagali tego żołnierza i oddał nam swojego konia, ale nasz koń był zdrowy i silny, a kobyłka, którą dostaliśmy ledwo z tym naszym wozem szła. Z tego powodu dużo musieliśmy iść pieszo.

L:Ze stodoły trafiliście do lasu?

B: Mama gotowała na ogniu to, co udało nam się zdobyć. Po kryjomu chodziliśmy na pola kopać ziemniaki ale  zapasy się kończyły (min. suszony chleb, o którym już wcześniej wspominałam), a szans na powrót do wsi nie było. Początkowo tata mówił, że w lesie spędzimy pewnie kilka dni i wojna się rozstrzygnie ale w  lesie byliśmy już ze trzy tygodnie. Zaczęło padać, wszystko przemakało i było zimno. Rodzice podjęli decyzję, że trzeba szukać miejsca żeby gdzieś schronić się przed  zbliżającą się zimą.

L: Jak taka mała dziewczynka pokonywała strach, głód, zimno i niedogodności?

B:Podziwiałam moją mamę, widziałam jak się stara i chciałam być pomocna. Wiedziałam,
że tata był bardzo odważny i dzielny- ja też chciałam taka być. Przed moim starszym bratem ukrywałam, że czasami płaczę, bo on powtarzał, że najważniejsze, że jesteśmy razem(a przecież sama widziałam jak rozdzielali rodziny zaraz po wygnaniu z Dzbenina) i że wszystko dobrze się skończy, a ja i Wandzia mamy być dzielne. Kazik był młodym chłopcem ale tak bardzo już odpowiedzialnym. Nie skarżył się na nic. Chodził w zniszczonym ubraniu
i w wytartych butach, ale dzielnie dotrzymywał kroku naszemu ojcu. Na szczęście potem nadszedł trochę lepszy czas.

L:Dokąd udaliście się jak opuściliście las?

B:Zajechaliśmy tą wychudzoną chabetą do Komorowa (ok. 30km od Dzbenina, Ostrów Mazowiecka) do taty siostry stryjecznej.  W domu u stryja mieszkał w jednym pokoju pułkownik rosyjski z żoną, dokwaterowanych było pięciu żołnierzy rosyjskich no i do nich wszystkich dołączyliśmy my. Żołnierze to byli bardzo młodzi chłopcy 17-19lat. Poprosili moją mamę, żeby im gotowała i mama zajęła się kuchnią. Dzięki temu mieliśmy co jeść, bo oni przynosili mamie swój przydział żywnościowy i drewno na opał. Mama przygotowywała im z tego posiłki, a oni dzielili się z nami. Do snu rozkładali w kuchni na podłodze słomę
i tam spał też mój brata, ja z Wandzią i rodzicami na rozkładanym łóżku. Pamiętam, że żona pułkownika gotowała oddzielnie, ale przynosiła czasem mojej mamie jakieś drobne smakołyki i mówiła, że to dla dzieci. W Komorowie w innym domu mieszkała też taty kuzynka Misiewicz i potem pomieszkiwaliśmy też u niej. Wtedy dla mnie(po pobycie w stodole, lesie i mieszkaniu w kuchni u stryja) pokój u tej cioci wyglądał jak piękny salon.
I tam mieszkaliśmy już do wiosny.

L:Tęskniłaś za swoim domem?

B:Tak. Przyszła wiosna 1945r. i tata zdecydował, że wrócimy do Dzbenina. Dochodziły wieści, że wojna się kończy i miasta, i wsie były już wyzwolone. Rodzice planowali, że wezmą się do pracy min. zasieją ukryte w ziemi w koszach zboże i zaczną już uprawiać ziemię. Było jednak inaczej.

L:Powrót nie okazał się taki prosty?

B:Wróciliśmy do Dzbenina, ale niestety nie mieliśmy się już gdzie podziać. Nasz dom był spalony.  Ukryte w ziemi zapasy rozkradzione, sady wycięte, budynki poburzone i rozkopane drogi. Pojechaliśmy dalej pod Ostrołękę i zamieszkaliśmy przy przejeździe kolejowym w drewnianym, wykopanym w ziemi bunkrze po wojsku rosyjskim. Kazik, mój brat, 12-letni chłopak podjął decyzję, że pojedzie w str. Szczytna i rozezna się w sytuacji , bo tam już były tereny wyzwolone. Rodziców nie było przy tym jak mówił o tym mi i Wandzi. Próbowałyśmy go powstrzymać, a on na naszych oczach wskoczył do towarowego pociągu, który zwalniał, przejeżdżając przez most na rzece Narwi.

L: Ja babciu mam teraz tyle lat, co Twój brat wtedy i chyba nie odważyłabym się na taki krok.

B:Kazik wskoczył do pociągu na wagon towarowy i tylko nam pomachał, krzycząc, że wróci. Wszyscy płakaliśmy myśląc, że już go nie zobaczymy, przecież był jeszcze młodym chłopcem, a sytuacja w kraju nie była jeszcze stabilna. Wrócił po trzech miesiącach
i opowiadał nam, że był w Szczytnie i okolicach, i że tam domy stoją puste i wsie nie są tak zniszczone. W  czasie nieobecności miał wiele przygód: najmował się do pomocy przy różnych pracach i starał się gromadzić sprzęty, które mogły się nam przydać. Mówił, że miał różne materiały do szycia, naczynia itp. Wszystko to wiózł rowerem, ale został okradziony i do domu dowiózł już niewiele. Władze Miasta Ostrołęka ogłosiły, że organizują transport chętnych do wyjazdu mieszkańców na tereny wyzwolone tj. okolice Szczytna.

L: Czyli wędrówki ciąg dalszy? I wtedy zamieszkaliście w Linowie k. Szczytna
i tam był już Wasz „przerwany marsz”?

B:Władze Ostrołęki zabezpieczyły nasz przejazd asystą pięciu uzbrojonych polskich policjantów. Wiele rodzin znalazło swoje miejsce na ziemii. W okolicznych wioskach domy i gospodarstwa były już pozajmowane przez osiedleńców, którzy wcześniej przybyli na te ziemie. My i kilka naszych sąsiadów ze Dzbenina chcieliśmy nie rozdzielać naszych rodzin, więc szukaliśmy wsi gdzie moglibyśmy znaleźć dom dla każdego. Nasze rodziny znały się od pokoleń i byliśmy ze sobą bardzo zżyci. Na początku czerwca 1945r. osiedliliśmy się w miejscowości Linowo(10 km od Szczytna). Tam zajęliśmy dom i gospodarstwo, a sąsiedzi zajęli pobliskie domy.

L: Jak czułaś się w nowym miejscu?

B:Rodzice i my dzieci szybko nawiązaliśmy dobre stosunki z sąsiadami, którzy mieszkali
w Linowie na stałe. Cała społeczność przyjęła nas serdecznie. To była ludność germanizowana, ale umieli mówić w języku ojczystym i ten nasz wspólny polski język bardzo nas łączył. W większości były to samotne kobiety z dziećmi i starcy. Młodzi mężczyźni nie wrócili z wojny więc wzajemna pomoc i wsparcie było potrzebne nam wszystkim.

L:Byłaś w wieku szkolnym, ale wojna uniemożliwiła chodzenie dzieciom do szkoły. Kiedy poszłaś na pierwsze zajęcia do prawdziwej szkoły?

B:Podczas naszej wędrówki tata dbał o naszą edukację i starał się prowadzić nam lekcje. Uczył nas czytać, pisać i liczyć. Miałam swój elementarz, także idąc do szkoły miałam opanowane podstawy czytania, pisania i rachunków. Polskie władze już we wrześniu zorganizowały funkcjonowanie szkoły. W Linowie był duży, piętrowy, okazały budynek w który mieściła się szkoła i służbowe mieszkania dla nauczycieli. Na pierwsze zajęcia przydzielono dwóch nauczycieli i zaczęła się moja przygoda ze szkołą.. W późniejszym czasie uczyły się tam też mojej siostry dzieci. Do dzisiaj w tym samym budynku funkcjonuje szkoła.

L:Babciu dziękuję za rozmowę. Byłaś bardzo dzielną dziewczynką i jestem dumna z tego, że jestem Twoją prawnuczką.

Laura Sugier

 

VII Historia z koroną

Opowiem historię mojej babci Ani z różnych okresów jej życia, kiedy była małą dziewczynką, a potem nastolatką, opowiastki z podstawówki i liceum. Na samym początku chciałabym dodać, że dziecięcy świat mojej babci różni się diametralnie od współczesnego świata, w jakim przyszło mi żyć. Pierwsze pytanie, jakie zadałam swojej babci w trakcie rozmowy telefonicznej, gdyż teraz ze względu na panujący w naszym kraju i nie tylko stan epidemii, nie mogę wychodzić z domu i spotykać się ze swoimi dziadkami brzmiało:
– Babciu gdzie mieszkałaś, jak byłaś dzieckiem? – Mieszkałam w Piotrkowie Trybunalskim
– odpowiedziała. – Jak wyglądały wtedy szkoły? – Wszystkie szkoły były podzielone na szkoły męskie i żeńskie. Szkoły wyglądały paskudnie, były bardzo niechlujne, w porównaniem do tego, jak wasze szkoły wyglądają teraz, wasze są piękne. Poza tym nie można było samemu chodzić do piekarni, cukierni, kina itp. W podstawówce i w liceum można było chodzić tam tylko z rodzicami. Nie można było się malować i w podstawówce i w liceum. Jak jakiś nauczyciel ucznia przyłapał, to miało się obniżone sprawowanie. – Babciu, a Twoja najciekawsza historia z podstawówki, czy taką pamiętasz? – Pod koniec podstawówki, w siódmej, czy ósmej klasie, pojechałam do ciotki i kuzynki do Gdańska na rok. Z moją kuzynką Hanką chodziłyśmy razem do szkoły. Wtedy raz na tydzień wychodziła gazetka „Filmy” i często w drodze do szkoły kupowałyśmy gazetki z gwiazdami światowego kina. Najbardziej utkwiło mi w pamięci wycinanie włoskich i francuskich aktorek np. Brigitte Bardot, nazywana była wtedy „bardotką”, czy Gina Lollobrigida. Następnie wklejałyśmy te zdjęcia do zeszycików. Ciągnąc dalej temat zdjęć, to były też gazetki z bardzo dobrymi zdjęciami aktorek, które niestety dość dużo kosztowały. Codziennie z Hanką dostawałyśmy pieniądze na obiady, ale na nie nie chodziłyśmy tylko wydawałyśmy na te gazetki. Przez to, że bardzo interesowałam się filmami, tak jak moja kuzynka, chciałyśmy czasem pójść do kina. Niestety w tamtych czasach film w kinach to był cud. Wreszcie pojawił się jakiś nowy film, który wydawał się na bardzo interesujący. Stwierdziłyśmy, że musimy na niego pójść, ale było od siedemnastego roku życia. Hanka była dość wysoka, ładna i wyglądała na osiemnastkę, ale ja nie. Wtedy kuzynka postanowiła, że zrobi mi metamorfozę. Hanka mnie wymalowała, uczesała i ubrała i naprawdę wyglądałam na starszą niż byłam w rzeczywistości. W drodze do kina bardzo się bałam, że ktoś nas przyłapie i, że mnie nie wpuszczą. Na szczęście wpuścili mnie i Hankę do kina. Kończąc swoją opowieść chcę dodać, że w pierwszych latach mojej podstawówki, kiedy mieszkałam jeszcze w Piotrkowie Trybunalskim, w każdą niedzielę chodziło się z całą rodziną do kina na bajki, a po bajkach do cukierni po ciasteczka. W drodze do domu jadło się pyszne frykasy. Taki to był miły, smaczny, niedzielny rytuał. – A Twoje najlepsze wspomnienie z liceum? – W liceum chodziło się na lekcje tańca z rock and roll-a. Prowadziła je bardzo fajna nauczycielka, przyznaję że tańczył fenomenalnie i naprawdę można było jej zazdrościć umiejętności. -Który z tych okresów młodości najmilej wspominasz? – Miło wspominam czasy podstawówki. Wtedy dużo wyjeżdżałam i dużo odkryłam w swoim życiu. Nigdy nie zapomnę mojego rocznego wyjazdu do Gdańska i na zawsze zostanie w głowie.

Julia Mikulska-Bąk

 

 

 

 

VIII

Historia NRD- Niemiecka Republika Demograficzna (po niemiecku: DDR) i RFN-Republika Federalna Niemiec (po niemiecku:BRD): Po II wojnie światowej powstała granica zachodnio-wschodnich Niemiec. NRD powstała 7 października 1949 roku, RFN powstała 21 września 1949 roku. W środku Niemiec była mocno strzeżona granica. Berlin-stolicę Niemiec podzielono wielkim 3,6 metrowym murem, który się ciągnął przez całe miasto. Lewa strona Berlina została przydzielona do RFN, prawa strona została w NRD. Wiele ludzi czuło się źle po prawej stronie Niemiec, dlatego próbowali uciec…

Mój dziadek uciekł jeszcze przed budową muru Berlińskiego z Niemieckiej Republiki Demograficznej do Republiki Federalnej Niemiec. Uciekł tam pociągiem ze swoją matką i swoim rodzeństwem, mówiąc, że jadą tylko odwiedzić swoją rodzinę. Zostawili za sobą wszystko, dom, znajomych. Wtedy jeszcze przepuszczano mieszkańców prawej strony przez granicę do lewej strony kraju. Kilka lat później żołnierze mogli rozstrzeliwać tych ludzi, którzy próbowali uciec. Mój dziadek z rodziną  naprawdę pojechał do dalszej rodziny, lecz już nie wrócili, jak obiecywali. Tata mojego dziadka przebywał po wojnie jeszcze w Italii i przyjazd do swojej rodziny trwało. W tym czasie mój dziadek był w południowych częściach Niemiec ,potem w mieście Hamm, a na końcu dotarł do Gelsenkirchen, gdzie spotkał swojego ojca. Zamieszkał tam i chodził do szkoły.

Moja babcia pojechała w 1964 na wycieczkę szkolną. Miała wtedy 14 lat. Pojechała do NRD (tam skąd uciekł mój dziadek). Przechodziła wtedy przez mocno strzeżoną granicę:

-Jak się czułaś przechodząc przez granicę?

-Gdy przechodziłam przez granicę byłam sprawdzana. Sprawdzali moje rzeczy. To było bardzo dziwne ale też straszne uczucie.

-Spotkałaś tam kogoś, po drugiej stronie twojego kraju?

-Tak. Spotkaliśmy grupę młodzieży w naszym wieku i wszyscy się bardzo dobrze rozumieliśmy, lecz o czym mówiliśmy już zapomniałam. Takie niespokojne uczucie pojawiło mi się, jak przechodziłam obok muru Berlińskiego. Dopiero wtedy tak bardzo uświadomiłam sobie, że my przecież jesteśmy wszyscy z jednego kraju, że jesteśmy wszyscy z Niemczech, że nie powinniśmy być oddzieleni od siebie. Jedno społeczeństwo podzielone na dwa. Wtedy właśnie pierwszy raz mi przyszło do głowy takie pytanie: po co, po co?

Helena Fichtner

 

Opracowały:

Małgorzata Leleń – Horoch

Aneta Zawadzka

Skip to content